Muzyka, piłka, życie. Krótko i konkretnie

Wpisy z tagiem: felieton

środa, 23 grudnia 2009
Z pierwszej piłki: na co Ci hologram?

Przyznam szczerze, choć to nie nowina, że bardzo długo byłem mocno uprzedzony do polskiego undergroundu. Nie do tego stopnia, by nie wiedzieć, kim są Smarki, Tetris, Kixnare, Qciek czy Rasmentalism, ale też niewiele ponadto. Stara zasada, która przyświecała mi hoho, lata temu, mówiła - jak jesteś dobry w podziemu to spróbuj się na legalu.

Ten rok mocno zmienił moje podejście do tematu. Długie dyskusje z kilkoma znajomymi, którzy również nagrywają, a zarazem są fanami rapu i przysyłają fajne nowości, a także bliskie zapoznanie się z płytami stojącymi na poziomie w pełni predystynującymi je do bycia legalem, swoje zrobiły.

Underground w porównaniu z poprzednimi latami dojrzał, ale i bardzo mądrze ewoluuje. Większość twórców, którzy puszczają płyty własnym sumptem, wrzucając na Internet, do lokalnych sklepików, sprzedając po koncertach, dba o to, aby nie była to tylko płyta jako nośnik. Starannie wykonane digipacki bądź zwyczajne wydania, ale z ładną książeczką. Normalne tłoczenie, dbałość o mastering, starannie przygotowane strony internetowe. To budzi szacunek.

Często mogąc dostać płytę za darmo kupowałem od danego twórcy drugą sztukę, żeby go wesprzeć, a później przekazywałem znajomym, żeby poznali i docenili. Bardzo często budziło to w nich (znajomych) spore zdziwienie in plus - "A to można kupić w Empiku? No nie ma hologramu, ale wygląda super i świetnie brzmi!".

Zmierzam do tego, że twórcy pokroju Małpy, Weny, Rasmentali czy Mardi Gras, bardzo mądrze robią oferując fanom ładnie przygotowane płyty w niższej niż w sklepie cenie. Zarobią dzięki temu czysty pieniądz, bo po co tracić na - a) wydawcy, b) dystrybutorze, C) sklepie? Nawet jeśli z pojedynczego egzemplarza, który my kupujemy za 25 zł z przesyłką, im zostaje 5-8 zł do ręki, to jest to ok. 8 razy więcej niż dostaliby za krążek, który kupujesz w Empiku, Media Markcie albo "dobrym sklepie muzycznym".

Latami artyści narzekali na to, że nie ma ich kto wydać. Dziennikarze narzekali, że artyści narzekają i zamiast próbować się przebić, nagrywają kolejne nudne numery o fatalnej polskiej fonografii. Fani narzekali, bo w sklepach było mnóstwo legali wydawanych po znajomości, a najlepsze wydawnictwa podziemne można było mieć jedynie w MP3 jako folder. Krąg się zamykał. Teraz wszystko zmierza do normalności. Można najpierw w sieci sprawdzić jak brzmi dana płyta, zobaczyć jak jest wydana. Później napisać maila do artysty i zamówić sztukę albo zakupić ją po koncercie.

My jesteśmy zadowoleni, bo mamy płytkę. Artysta czuje się doceniony, bo też ma swoje wydawnictwo na półce w domu, a w dodatku na 500 pchniętych nielegalach zarobi choćby te 1500-2000 zł. Niby nic, ale doliczając koncerty i satysfakcję zaczyna się to robić gra warta świeczki. Więc grajmy dalej, bez hologramu, za to obserwując radośnie, że polski rap w drugim obiegu ma się naprawdę dobrze, działa profesjonalnie i wraz z rozwojem muzycznym oferuje też produkty na poziomie - dla kolekcjonerów i tych, co po prostu wolą mieć CD z szacunku do twórcy i dla własnej przyjemności.

poniedziałek, 14 grudnia 2009
Z pierwszej piłki: album tylko z książeczką!

Po pierwsze, jak można z miejsca zauważyć, zniknęły "Nocne zapiski", a w ich miejsce jest "Z pierwszej piłki". Powód tej zmiany jest banalny. Po pierwsze nie zawsze będę publikował szybki przelew moich myśli w nocy, po drugie był to jedynie tytuł roboczy. Ten obecny całkiem mi się podoba. W końcu chodzi o to, żeby bez większego namysłu i stu tekstów na brudno przekazać w formie przyjaznej czytelnikowi swoje przemyślenia. Niczym na boisku - trafia Ci się piłka na nodze i albo będziesz sto lat kombinował, albo uderzysz. Często piłka leci w trybuny, czasem zwyczajnie zejdzie z nogi, ale jak wpadnie to gol kolejki.

Dzisiaj w pewnym stopniu nawiążę do poprzedniego tekstu. Znów będzie trochę sentymentalnie, zaleci też może geriatrią. No bo na zdrowy chłopski rozum, jak 85% obecnych słuchaczy muzyki ma zrozumieć sentyment do kaset i gazet?! Dla nich muzyka to zbiór zero-jedynek. Płyta to folder, a kawałek to plik. Okładka to .jpg, a książeczka to... No nie wiem co, do tego stopnia nie umiem wczuć się w rolę słuchacza internetowego, młodszego ode mnie o tych osiem, a może dziesięć lat. Może nawet więcej?

Czasem myślę, jak to "cudownie" mają młodzi fani muzyki. Wystarczy kilka kliknięć i na ich dysku po 10-15 minutach ląduje pełna dyskografia danego artysty. Nic tylko siedzieć i słuchać, a później świrować mądrale. Otóż nie. W ten sposób nie zdobędzie się wiedzy, nie wyrobi się gustu, a tym bardziej zupełnie nie pozna muzyki. Można tak jedynie zaspokoić nagły kaprys, zjeść zupkę w proszku i to w dodatku taką z Tesco. Nie chodzi wcale o jakość plików MP3, bo te rzeczywiście często poza okrojeniem z basu i ciepła nie są jakoś hiper gorsze od CD (winylom nie dorastają, to wiadomo). Chodzi tylko o pewną magię, jaką jest muzyka i wszystko, co się z nią łączy.

Możesz obejrzeć koncert na YouTube, ale przecież w żadnym wypadku nie poczujesz emocji płynących ze sceny, łokcia osoby, która stoi przed Tobą i skacząc w rytm muzyki sprzedaje Ci cios. Nie poczujesz potu, bas i perkusja nie rozerwą Cię od środka.

Możesz obejrzeć mecz w telewizji, ale tylko kibice prawdziwego futbolu śledzący mecze na stadionie, ceniący oprawy umieją odczuć, czym naprawdę jest spotkanie piłkarskie. Mogą cieszyć się z tego, że wpadają po golu w objęcia totalnie obcej mu osoby, a potem śpiewają zachwyceni aż do zdarcia gardła.

Możesz mieć katalog MP3 z 120000 tytułów, ale jakie masz w związku z tym emocje, jakie wspomnienia? Ja umiem powiedzieć, skąd i jak, kiedy, w kontekście jakiej życiowej sytuacji zdobyłem każdy z moich kompaktów, kaset albo winyli.

Pamiętam zapach książeczek, kojarzę jaka była pogoda, gdy pierwszy raz wrzucałem płytę albo taśmę do audio. Przy "Aquemini" była zima, mróz, bo kasetę nabyłem na 4 dni przed świętami w 1998 roku. "Minuty" Starego Miasta to początek wiosny i rekolekcje, gdzie zamiast księdza słuchałem sobie Dizkreta, Wujloka, skreczy Romka i pysznych bitów Majkiego oraz Korzenia. Taśma z Płomieniem 81 to wyjazd do Chorwacji na wakacje w 2000 roku. "Labcabincalifornia" to cedek zakupiony za blisko 60 zł w Empiku na Nowym Świecie za pieniądze, które dostałem na 18-tkę. To był początek lutego 2001 roku, wspaniałe skoki Małysza. Na osiemnastkę dostałem też od przyjaciela Krzyśka i Emila Blefa płytę Reflection Eternal. Dzięki panowie! Z tym samym Emilem wymienialiśmy się regularnie płytami i kasetami, nad gocławskim jeziorkiem wymieniając przy okazji refleksje, emocje i wiedzę. Wiecie, dzięki komu Mes zajarał się O.C.? Nie strzelajcie. "Jewelz" trafiło do Mesa z moich rąk i pośrednictwem Blefa.

Takich historii mam kilka tysięcy, bo tyle muzyki na samych nośnikach mam. Pięć razy tyle znam na pamięć, ale póki co nie mam w kolekcji, bo albo są za drogie, albo wycofane z rynku, albo zwyczajnie nie muszę ich mieć ot tak, zaraz. Będą za jakiś czas.

Czym dla Ciebie są emocje związane z płytami? Masz takowe? Jeśli nie, to mam dla Ciebie dobrą radę.

Skasuj jeszcze dzisiaj wszystkie MP3 jakie masz na komputerze. Wyrzuć, po prostu wywal bez pamięci. Idź do sklepu i wyszukaj jakąś fajną płytę w taniej cenie. Redmana albo The Roots za 17 zł, a może Badu albo Milesa Davisa w tej samej cenie. Zaloguj się na ebay'u i zacznij szperać, żeby uzbierać paczkę z USA za 50 zł, w której będzie EPMD, Q-Tip i De La Soul. Poczuj zapach książeczki, zapamiętaj dzień, w którym dany album trafił w Twoje ręce. Usiądź głęboko w fotelu, zaparz sobie dobrą herbatę albo wlej do kufla pyszne piwo i puść w wieży płytę czytając książeczkę i delektując się muzyką. Poczytaj o producentach, zapoznaj się z tym, kogo samplowali na danym krążku. W pozdrowieniach poszukaj ksyw innych artystów, bo może warto iść tym tropem w poszukiwaniach?

Nie neguję ludzi ściągających nagminnie MP3. Tym bardziej ich nie osądzam. Twój wybór, Twoje sumienie, Twoja droga. Ja nie jestem nikim, kto ma prawo Cię oceniać, a tym bardziej wydawać werdykty. Jeśli wybierzesz tę, którą proponuję, za jakiś czas będziesz wiedział, na czym polega różnica. Muzyka zacznie Ci się kojarzyć z sytuacjami życiowymi, a nie tym, czy akurat net działał w pełni, czy tylko trochę. Poczujesz w pełni jej smak. Może nawet zrozumiesz intencję autorów? Tego nie wie nikt z nas.

Ja wiem jedno. Nie zamieniłbym żadnej chwili, którą spędziłem na poznawanie muzyki i każdej złotówki, którą wsparłem twórców, na nic innego. Bo dysk może Ci walnąć w każdej chwili. Tego co masz w głowie i na półce, a przede wszystkim w sercu, nie nadwyręży ani nie naruszy nic.

PS. Ktoś gdzieś słusznie zauważył, że w tekst wkradła się nieścisłość w wątku na temat jakości MP3. Oczywiście brzmienie winylowej płyty to podstawa i najlepsza rzecz możliwa dla uszu.

niedziela, 13 grudnia 2009
Z pierwszej piłki: 2009 - ani super, ani tragicznie

Z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej dostrzegam, że czegoś brakuje mi w wychodzącej obecnie muzyce. Płyty traktuję użytkowo, kolejne premiery bardziej rozpatruję pod kątem zawodowym, mniej jako przyjemność i zajawkę dla mnie jako słuchacza, a nie pismaka. Nie wiem, czy wynika to z tego, że się starzeję, przez co bardziej gloryfikuję to, co było kiedyś kosztem nowości, czy też po prostu muzyka doby iTunesa traci dla mnie walor unikalności i świeżości.

Z jednej strony wciąż wychodzi przecież mnóstwo interesujących krążków. Pojawiają się świetni debiutanci, mnogość premier w przeróżnych gatunkach sprawia, że nie sposób za tym wszystkim nadążyć, a już tym bardziej nacieszyć. Na słabe i beznadziejne płyty mogę przeznaczyć góra godzinę z życia, drugiej szansy raczej nie dostają. Te średnie znikają głęboko na półce i wywalam z MP3 playera zwykle po tygodniu-dwóch. W tych akuratch wynikach nie dostrzegam nic dziwnego. Problem leży raczej w kwestii albumów, które uznaję za dobre i bardzo dobre jak na 2009.

O ile bowiem doceniam ich wartość, poziom, to naprawdę do rzadkości należy, abym właśnie je wyjmował chcąc w chwili relaksu po prostu pocieszyć się muzyką. W tym roku na dobrą sprawę jedynie Sa-Ra (grupowo i Shafiq solo), Maxwell, Ghostface, Raekwon, Kid Cudi, Slaughterhouse, DJ Mitsu the Beats, Mayor Hawthorne i Mos Def spośród artystów zagranicznych rzeczywiście poruszyli mnie mocno. Lada dzień do tej listy dołączą jeszcze Clipse oraz O.C. & A.G. To niewiele, a już szczególnie biorąc pod uwagę, że w niemal komplecie to wyjadacze, artyści, których słucham od lat i każdy ich nowy album traktuję do pewnego stopnia jako przedłużenie sympatii.

Za perełki sprzed lat, chociaż często w żadnym wypadku klasyki sensu stricte, jestem w stanie zapłacić na ebay'u naprawdę duże pieniądze. Za płyty datowane na ostatnie lata niezwykle rzadko wydaję więcej niż ok. 10 dolarów z przesyłką. Zwyczajnie czekam na okazję, przeceny, bo nie odczuwam niezwykłej potrzeby posiadania danego tytułu na półce. Kiedyś było to nie do pomyślenia, bo płyt co prawda wychodziło zdecydowanie mniej, ale tytułów, które oddziaływały na wszystkie moje zmysły było procentowo znacznie więcej niż teraz.

I wiecie co w tym najlepsze? Że pomimo wszystkiego wciąż nie ma znudzenia i znużenia. Narzekanie i małe dąsy w niczym nie zmieniają faktu, iż wystarczy jakiś fajny singiel, ciekawa zapowiedź, a uśmiech i gorączka oczekiwania biorą górę. Dostrzegam przy tym kolejne plusy obecnych czasów. Jak coś się nie podoba to zwyczajnie szybko przepada, nie ma czasu nad tym rozkiminiać. Rakim nawalił? Szkoda, stało się i tyle. Dla mnie temat jego nowej płyty już nie istnieje. Sprawdzam kolejne nowości, coś na pewno będzie dobrego. Pojawi się jakiś młodziak, któryś z weteranów powróci może nie jak Q-Tip, ale chociażby na poziomie Raekwona.

I chociaż nigdy nie będzie już tak jak kiedyś, to świat muzyki wciąż kręci się i kręcił będzie. Tylko od właściwej selekcji oraz otwartości na nowe rzeczy zależy, co z tego świata weźmiemy, a co zwyczajnie spuścimy. Zaś płytoteki ze sprawdzonymi pozycjami, na które zawsze jest doskonała pora, nikt nam przecież nie zabierze. To właśnie jest najlepsze.